polecam porządne płyty


Leather Towel Leather Towel IV LP (Aarght)

Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiii’m siding with Yoko!
Odpowiedni dać rzeczy akord. To wszystko. Czterech Australijczyków po trzydziestce uderza w dokładnie takie jak trzeba struny w dokładnie takich jak trzeba tempach. Czasem wychodzi im z tego coś w rodzaju The Urinals (kawałek drugi), a czasem piosenka o czipsach nacho. Refreny-mantry jak ten który wrzuciłem w incipit, trzy dźwięki na krzyż, pięć słów. P-rock lepszy niż wszystko wydane w tym gatunku w naszym kraju przez ostatnie dwie dekady.

***


The Shifters CS (Comfort 35)

Marcin Popiołek polecał tę kasetę na swoim mocno niedocenionym blogu. Sprawdziłem i praktycznie od pierwszego kawałka wpadłem w zachwyt. Australijski polityczny post-punk? This is extremely my shit, jak mawia zachodnia meme-młodzież. Zaczyna się kawałkiem o IRA (mój ulubiony refren roku: Meet you down the Creggan Shops where I’ll take your kneecap), później jest o Mossadzie, nazistach i wojnie domowej w Algierii. Nie słyszałem czegoś takiego od czasu Country Teasers. Jest to post-punk na sto sposobów fantastyczny, zagrany odpowiednio amatorsko (obligatoryjne męczone skrzypce), z wokalistą-spryciarzem snującym osobiste narracje i trzaskającym dowcipy o światowym terroryzmie. Facet ma w tej mierze styl dość podobny do Bena Wallersa – przeplata historie życiowe z globalnymi – nie robi za to mizantropicznych dowcipów. Plus doskonała, liryczna i nowozelandzka brzmieniem pieśń pod koniec. Fantastyczny materiał zasługujący wydanie na popularniejszych formatach.

odsłuch

***


Cured Pink As A Four Piece Band LP (R.I.P. Society)

Post-punk na krańcu (świata). Najlepsze możliwe podejście do klimatów Vibing Up The Senile Man, ale już z bagażem noise’u i innego hałaśliwego śmiecia, którym underground obrósł przez ostatnie trzy dekady. Trochę mniej krawędzi niż na zeszłorocznej siedmiocalówce – połowa płyty to popsuty dub, resztę zajmują noise-improwizacje przypominające wspomniane arcydzieło ATV. Pod koniec płyty McLellan opowiada o swoim śnie, w którym leciał samolotem bez okien. Cured Pink jako tytułowy czteroosobowy zespół przyjechał kilka tygodni temu do Polski, by dać cztery koncerty. Szaleństwo.

odsłuch

***


Herbcraft Wot Oz LP (Woodsists)

Amerykański psych z lat zerowych nie starzeje się dobrze. Honey Owens (czyt. Valet) wydała w tym roku fatalną płytę, katalog Not Not Fun to obecnie śmiech i to taki niewesoły, a „neo-psych” spod znaku 1080p pomijam, ponieważ smutno mi się robi kiedy widzę okładki robione za pomocą wordowskich clipartów i słyszę elevator music przepuszczony przez parę efektów i odtwarzacz VHS. Tymczasem hej – błysk jakiś taki z dość niespodziewanej strony, bo Woodsist to niespecjalnie dobry label (choć prowadzą go bardzo dobrzy ludzie) – Herbcraft zasłyszany ostatnio na WFMU. Trzech Amerykanów wyraźnie zasłuchanych w psychodelii niemieckiej i japońskiej improwizujący przez kilka dni w opustoszałym magazynie (vide: Ruth Garbus poniżej). Ciężkie, gęste i bardzo psychodeliczne. Trochę Sun Araw za swoich najlepszych czasów (czyt. zanim Stallones zaczął robić swoją muzykę w całości na laptopie). Tym bardziej imponuje fakt, że wszystko było nagrane na żywo prosto do czterościeżkowca, i to w mono, by jeszcze bardziej ścisnąć brzmienie. Album nie ma nawet zakończenia, urywa się po prostu w pewnym momencie, bo skończyła się taśma. Doskonałe.

odsłuch

***


Michael Vallera Distance LP (Opal Tapes)

Cholernie dobry dream-ambient. Nieskończone pogłosy przy wpatrywaniu się w morze, pięć prostych bitów i zimne (oczywiście) synthy z lat osiemdziesiątych. Na szczęście przeminęła już moda na tropiki, z chłodu wynikają przynajmniej jakieś konfrontacje. Z początku nie byłem przekonany co do obecności bitów na tej płycie, ale teraz muszę przyznać, że dają ciekawy efekt żałobnej dyskoteki, zwłaszcza w tych tempach.

odsłuch

***


Neutral Grå Våg Gamlestaden CS/LP (Omlott)

Noise humanistyczny, przytulny wręcz, choć zespół deklaruje swój nihilizm i chęć opisania miejskiej zgnilizny. Neutral to szwedzki duet damsko-męski – Sofie Herner na instrumentach i Dan Johansson obsługujący taśmograje i „field recordings”. Wszystko tu buczy i brzęczy w bardzo ciepły sposób, czasami słychać tekst deklamowany po szwedzku lub angielsku, ale nic się nie da zrozumieć. To jest tak dobre, że Neutral powinien grać na wszystkich Unsoundach i wydawać na wszystkich Siltbreezach. Podobno jest to odprysk większej sceny z Göteborga – Herner i Johansson pojawiają się też w grupie Enhet För Fri Musik zajmującej się graniem muzyki improwizowanej.

odsłuch

***


Kitchen’s Floor Battle of Brisbane LP (Bruit Direct)

Matt Kennedy zarzekał się, że nie wróci już do głośnych gitar, ale oczywiście kłamał. Nawet kawałki z obu stron pięknego i bardzo spokojnego singla Bitter Defeat zostały tutaj wyolbrzymione w Głośne Gitary. Kudos też za tytuł płyty. To chyba najsłabszy album KF jak dotąd, ale nadal nikt na świecie nie robi tak dobrego downer-rocka. Rusza mnie jak cholera kiedy Kennedy śpiewa Waking up your dead friends, albo gra na klawiszu wesołą melodię w kawałku pt. Doomed. Zresztą nic nie poradzę – jestem fanem kupującym wszystkie nagrania (jedno nawet sprzedałem T. Laxowi z Siltbreeze). Na końcu płyty jak zwykle piosenka (nazwijmy to) urodzinowa – tutaj Kennedy podsumowuje dwudziesty ósmy rok swojego życia.

odsłuch

***


Flesh World The Animals In My Life LP (Iron Lung)

Queer-core, choć przefiltrowane przez C86/shoegaze. Zespół bardzo zaangażowany – na gitarze gra gość z Limp Wrist (bodaj najważniejszy zespół queerpunkowy lat zerowych, występujący zresztą sporadycznie do dziś), okładkę zdobią fotografie związane z ruchem LGBT. Podoba mi się to, że wokalistka (wcześniej liderka bardzo nijakich Brilliant Colors, niecelnie opisywanych jako noise-pop) śpiewa tu bardzo „płasko”, na przekór melodii, jakby chciała zdecydowanie odciąć się od twee. Jak zwykle średnie tempa, zimny dramatyzm i trochę cieńsza warstwa hałasu niż na debiucie, ale to nadal zespół lepszy i ciekawszy niż Iceage (a korzenie stylistyczne mają przecież podobne). Ponownie fantastyczny kawałek zamykający, w którym pod naporem cięższej repetycji znika błogość wspomnianego C86. Chciałbym bardzo, by następne nagrania były w tym właśnie, cięższym, stylu.

odsłuch

***


No Form 12” (Muscle Horse)

Noise rock jest obecnymi czasy potwornie nudny, ponieważ to domena starzejących się fanów Albiniego i jemu pokrewnych. W pierwotnej wersji tego tekstu trzaskałem duży na ten temat wykład, ale znacznie jaśniej byłoby wytłumaczyć to wszystko na przykładach. Spośród zespołów zakładanych przez młodszych ludzi chciałem potępiać te złe: Foot Hair, Rectal Hygienics (tych drugich fantastycznie zjechał Rich Kroneiss w ostatnim numerze Termbo) i polecać dobre: Tropical Trash, Coma In Algiers, Clean Girls, ale czegoś mi w tym wszystkim brakuje. Noise we własną definicję ma wpisane sięganie po ekstrema, a wymienione wcześniej zespoły grzeszą właśnie konserwatyzmem. Najdzikszy (i przez to najlepszy) skład to Clean Girls, ale i oni nie sięgają poziomu wyznaczonego przez młodszych punków. Pierwszy przykład z brzegu: Lumpy & The Dumpers są dźwiękowo ciekawsi od dowolnego noise-rocka z ostatnich kilku miesięcy, choć to banda obszczymurków z Nowego Orleanu bez jakichkolwiek zapędów artystycznych.

Przykład drugi: album czterech wymoczków z Nottingham zebranych w zespół o nazwie No Form. Siehan żartował, że w zeszłym roku polecałem The Lowest Form, teraz wrzucam No Form, więc następne musi być Negative Form. Pokrewieństw poza nazwą i decybelami nie jest jednak tak wiele – TLF tłoczyli* noise w d-beatowe ramy, natomiast No Form są uwolnieni od (ha ha) formy jak niegdyś Slices. Cztery szybkie kawałki na stronie A i ośmiominutowa noise-improwizacja na odwrocie (zatytułowana po prostu Side B, genialne). Saksofon męczony tak, że brzmi jak waltornia, gitary praktycznie no-wave’owe, facet w mękach umierający do mikrofonu. Cięższe niż sumienie każdego polityka. Jestem stary i nie mam czasu na długie głośne płyty, kwadrans z No Form to dla mnie perfekcja. Więcej takiego grania poproszę, mniej gównianych podróbek rzeczy sprzed dwudziestu lat.

*Tłoczą dalej. Nagrywają nowy album kiedy L. Younger wróci z trasy z Helm.

odsłuch

***


electric eels Die Electric Eels LP (Superior Viaduct)

1. Dopadnij nagrania electric eels.
2. Włącz Agitated.
3. ???
4. Przez resztę życia nuć pod nosem: It’s five AM and I’m crawling the walls/waiting for imaginary telephone calls.

1975, kiedy punk rock był jeszcze schnącym atramentem na kontraktach Malcoma Mclarena. Początek i sama istota gatunku o nazwie weird punk. Sprawdźcie też koniecznie art-sludge z Natural Situation zapowiadający Drunks With Guns i Flippera. Kompilacje electric eels pojawiają się średnio raz na trzy dekady, szkoda przepuścić taką okazję. John D. Morton (wokalista ee) obecnie reaktywuje swój art-zespół o nazwie X_X i wydaje płytę z coverami Alberta Aylera. Nie będziemy tacy fajni nigdy choćbyśmy się obunóż wybili z trampoliny.

***


The Snowfields How To Get Good Sound From A Dead Ear CS (Field Hymns)

Facet nazywa się Dylan McConnell, zajmuje się głównie prowadzeniem kasetowego labelu Field Hymns, tworzeniem plakatów koncertowych i noszeniem śmiesznych czapek. Gra też pustynny synth-psych, trochę jak Grails onegdaj, i z mocnymi ukłonami w kierunku Tangerine Dream. Ci ostatnio zresztą wracają do łask – obecnie wszyscy sięgają po syntezatory. Nie żebym narzekał specjalnie, lepsze to znacznie niż tropikalne techno. Leniwa ta rekomendacja, kasecie poświęciłem jedno zdanie, ale chciałbym raczej polecić cały katalog Field Hymns. McConnell wykopuje i wydaje kapitalne rzeczy – od rosyjskiego psychu po spadkobierców Sun City Girls.

odsłuch

***


Nervosas LP (Dirtnap)

Charakterystykę Nervosas sporządziłem już polecając album poprzedni – nieprzesadnie egzaltowany i bardzo szybko grany post-punk. Czas pomiędzy kolejnymi wydawnictwami zespół spędził najwyraźniej na pisaniu dużych melodii. Najlepsza z nich pojawia się na kawałku pt. Industry i poświęcono jej końcowe piętnaście sekund. Rozwala mnie takie podejście w drobne kawałki, bo trzeba trzasnąć gdzieś solówkę, a nie ma czasu. Konwencji nie zmienili ani trochę, ale takie podejście procentuje – album jest doskonały. I wyrabiają się muzycznie, znacznie lepiej obecnie śpiewają – sprawdźcie Nothing. Plus okładka odnosząca się do The Shitty Limits odnoszących się do Discharge.

odsłuch

***


The Coolies Punks Is Bread 7” (Epic Sweep)
The Coolies Kaka LP (Feeding Tube)

Historyjka sprzed lat dziesięciu: drugoligowy nowozelandzki zespół punkowy – feministyczny, trzy dziewczyny w składzie – rusza w trasę po Stanach i traci perkusistkę na rzecz Vivian Girls. Członkinie The Coolies robię sobie przerwę, odchowują dzieciaki (jedno z nich pojawia się na polecanej siedmiocalówce) i uzupełniają skład Stefanem Nevillem. Każdy ogarnięty fan lo-fi rozpozna to nazwisko – Neville nagrywa płyty jako Pumice. Zatrudnienie go i (co najważniejsze) oddanie nagrywania i produkcji właśnie jemu było posunięciem genialnym. Z drugiej ligi zespół chyżo przeskoczył w ekstraklasę, teraz grają improwizowany noise-wszechpunk metodą tudzież jakością bliski Magik Markers i The Hospitals. Tape-loopy, dogrywki (overduby) gitarowe z pięknie niedopasowaną głośnością, wspomniane wcześniej wrzaski dzieci – wszystkie wymagania komercyjnego sukcesu w obecnych czasach.

odsłuch

***


Ruth Garbus Rendezvous With Rama LP (Feeding Tube)

Za każdym razem, kiedy widzę katalog Feeding Tube zastanawiam się jak długo label ten pociągnie wydając tak niszowe granie z taką regularnością. Na tak wysokim poziomie, należy koniecznie dodać. Kolejny argument za ich wspaniałością – wznowienie albumu Ruth Garbus z 2010-ego. Pani gra na gitarze i śpiewa siedząc sobie w wielkim pustym magazynie. Wspaniały naturalny pogłos (o ile betonowe ściany uznamy za naturalne), piękne piosenki – sprawdźcie melodię z kawałka otwierającego – przetykane sprawdzaniem jak wysokie dźwięki pani Garbus potrafi wyciągnąć. Polecam zwłaszcza fanom Visitations i Jany Hunter z czasów, kiedy nie grała gównianego indie*. Gówniane indie to zresztą częsty motyw w tym przypadku – Garbus jest siostrą pani z Tune-Yards** i śmiem twierdzić, że polecany album jest kwestią przypadku. Potwierdza to zeszłoroczna siedmiocalówka – nie tyle nieudana, co zupełnie bezbarwna w porównaniu ze spartańskim pięknem tego LP.

*Lower Dens to fatalny pitchfork-pap.
**Tune-Yards to rzecz agresywnie zła, jak to zwykle bywa w przypadku białych ludzi podpieprzających afrykańskie motywy (popatrzcie tylko na to gówno). Za kilka dekad będzie się pojawiała na składankach najgorszego kiczu lat zerowych.

odsłuch

***


Dan Melchior’s Broke Revue Lords Of The Manor LP (In The Red)

Melchior w trybie napastliwym, może otrząsnął się już po wielkiej stracie? Wcale seksowne riffy tłuczone wcale długo (nawet przez dziewięć minut, zdążycie zagotować herbatę), groove jak w The Scientists, psych jak w bardzo wczesnych Wooden Shjips, co jest z mojej strony bardzo śmieszne, bo Melchior wyprzedza Ripleya Johnsona o kilka dobrych lat. Plus świetne linijki: Only Glenn Beck’s tears can wash us free.* Ha ha.

*Glenn Beck to taki amerykański Terlikowski znany z tego, że często płacze na antenie.

***


Screature Four Columns LP/CD (S-S)

Wypadkowa The Screamers i Protomartyr – bardzo ciężki goth rock z bardzo efektowną wokalistką (głosowo, wyglądu nie znam). Przefantastyczny pomysł z zastąpieniem basu klawiszami, to przydaje zespołowi szorstkości. Koniecznie sprawdźcie byczy i bardzo dziwaczny teledysk:

odsłuch

***


James Welburn Hold CD (Miasmah)

Serious guitar music, ale praktycznie bez gitar. Hold to wszystko czego oczekiwałem od solowej twórczości P. Swansona – noise bez klubowych rytmów. Jest to dla mnie b. ważne, ponieważ nigdzie nie czuję się gorzej niż na dyskotece. Na perkusji facet z The Necks.

odsłuch


Horrid I LP (Pinot Grigio)

Brytyjski psych szamaniczny (gdzieś w oddali Julian Cope krzyczy z radości) – jeden klawisz na syntezatorze trzymany przez dziesięć minut podbity przesterowanym basem, do tego jednostajne wycie przepuszczone przez kilka efektów. Od razu wrzucam link do ich występu na żywo, Horrid są tak przekonani co do słuszności swojej misji, że nie tylko sami przywdzieli na głowy jutowe worki, ale też porozdawali kilka z nich zgromadzonej wokół publiczności.

odsłuch

***


Primitive Motion Pulsating Time Fibre LP (Bedroom Suck)

Drugi album autorów mojej ulubionej synthowej płyty zeszłego roku. PM niespecjalnie kryją się z faktem, że Pulsating Time Fibre to głównie ścinki z poprzedniej sesji nagraniowej uzupełnione kilkoma świeższymi improwizacjami (świetny dziewięciominutowy kawałek na stronie drugiej). Pulsating jest dość chłodny, pozbawiony onirycznej beztroski poprzednika i, co najważniejsze, miksowany w studio. Wcześniej zespół nagrywał tylko i wyłącznie na żywo po domach znajomych. Stąd nieobecność żywej perkusji (pojawia się chyba na dwóch kawałkach). Tyle inteligentnych i informatywnych zdań, a ja was jeszcze sobie nie przedstawiłem. Oto Primitive Motion – najlepszy synth-pop od czasu Broadcast, a to Nieistniejący Czytelnicy zastanawiający się co Sawicki może wiedzieć o synth-popie.

odsłuch

***


Aska Grátónar LP (Ronja)

Konkurencja w gatunku zimnych synthów przypomina skecz Four Yorkshiremen – to ciągła licytacja kto biedniej, kto mniej wygodnie. Według mnie wygrywa w tej mierze Islandczyk w czarnym swetrze nazwiskiem Kristófer Páll Viðarsson. Google podpowiada, że gość pisze wiersze i/lub grał w nogę w reprezentacji Islandii U-17. Fajnie. Gość podtrzymuje wszystkie tropy związane z gatunkiem – przybrał nazwę Aska (isl. popiół), przez cały album przewija się niewesoły instrumentalny tytułowy kawałek (gratonar – odcienie szarości) w pięciu wersjach, czarno-biała okładka jak z wczesnych rysunków Arta Spiegelmana (koniecznie sprawdźcie Raw). Ubogie bity na analogowych syntezatorach, trochę dźwięków jak z 16-bitowych chipów, przeciekający dach, grzyb na ścianach. Najlepsze są jednak wokale: Viðarsson nawet nie próbuje uskuteczniać melodii, deklamuje swoją poezję głosem człowieka umierającego na ciężką chorobę, dobiegającym jakby z sąsiedniego pokoju (żona podpowiada, że ze studni). Płyta doskonała na niedzielny obiad z rodziną i rozmowy o Schopenhauerze.

odsłuch

***


Black Time Aerial Gobs of Love LP (Förbjudna Ljud)

Po notkę o Black Time i tegoż zespołu liderze odsyłam do poprzedniego rzutu rekomendacji. Zapomniałem wtedy dodać, że Lemmy Caution („lider” Black Time) w dużej mierze zapowiadał shit-gaze wraz z Times New Viking, ale prasa muzyczna prychając na ten gatunek (kto poza mną pisał o nim w Polsce pozytywnie?) zwracała uwagę tylko na USA. Tymczasem korzenie tego momentu (bo przecież nie mody) można odnaleźć we francuskiej i brytyjskiej post-garażówce. Krótko o albumie: jest znakomity, i na pewno będzie bardzo dobrym wprowadzeniem dla nowych fanów, więc polecam podwójnie. Sporo momentów lirycznych, ale trzeba się przygotować na popsute wokalizy i ultrazłe brzmienie.

odsłuch

***


Mystic Inane Eggs Onna Plate 7” (Spotted Race)
Mystic Inane Ode to Joy 7” (Negative Jazz)

Goście z Nowego Orleanu (kumple Lumpy & The Dumpers), którzy zrozumieli twórczość electric eels znacznie lepiej niż ja, ponieważ założyli zespół punkowy zamiast tracić czas na pisanie głupich rekomendacji. Teledysk podsumowuje twórczość zespołu najlepiej. Poza tym, Mystic Inane – nie ma na świecie lepiej nazwanego zespołu. Może Sacred Product, ale oni już chyba nie istnieją.

odsłuch

***


Home Blitz Foremost & Fair LP (Richie)

Jeszcze jeden rozdział w historii życia Dana DiMaggio. Wszystko u niego w porządku z tego co słyszę, słucha ostatnio dużo brytyjskiego folku i pieśni średniowiecznych. Fajnie, że nie wydaje już na Mexican Summer*. Nadal pisze najlepsze DIY-piosenki* od czasu The Homosexuals i nadal nikt na ten fakt nie zwraca uwagi. Bardzo lubię jego zdyszane wokale i fakt, że na prawie każdym kawałku głęboko w tle schowano odgłos taśmy puszczanej od tyłu. DiMaggio to geniusz na miarę Alexa Chiltona, choć przeszedł odwrotną od niego ewolucję – na początku grał noise w Car Commercials, a teraz nagrywa piosenki. Poza tym nie podziela destruktywnego stylu życia Chiltona, choć na wkładce płyty widnieje zdjęcie DiMaggio leżącego na ulicy w kałuży krwi. Brytyjski folk to jednak brutalna muzyka.

*Oszwabili sporo muzyków i bardzo zawyżają ceny płyt.
** Chciałem napisać DIY-pop, ale co to za pop?

odsłuch

***


Wand Golem CD/LP (In The Red)

Hipsterzy z SF grający bardzo ciężko śpiewając przy tym bardzo słodko. RIYL: Floor, Gonga z okresu Transmigration, wczesne QOTSA, ale więcej psychu, kosmosu i wizyt u fryzjera, gdzie goście z zespołu bardzo długo i dokładnie tłumaczą o jaką fryzurę im dokładnie chodzi. Bycze glam-wstawki inspirowane ostatnim albumem Segalla. Chris Stonehouse za konsoletą, więc każde uderzenie w struny brzmi jak worek kamieni zrzucony w dół szybu windy. Świetne „posiekanie” melodii flangerem w kawałku czwartym, bombastyczne zakończenie. Kicz zupełny, ale taki T.Rex-owy i przez to bardzo zabawny. Zespół już zdążył podpisać kontrakt z Drag City* i wydać jeszcze jeden album pt. 1000 Days. Woodhouse już nie asystował przy nagraniach i miksowaniu, nie ma już kamieni i szybu windy. Materiał też jakby oklapły i oklepany. Polecam w takim razie Wand z pierwszej połowy roku 2015, połowa druga jak na razie nie jest dla nich udana.

*Ten label to obecnie śmietnik dla kalifornijskich zespołów z mocnym dorobkiem i nijaką przyszłością. Ale zapewne płacą lepiej niż mniejsi i mniej znani jak na przykład In The Red.

odsłuch

***


Sheer Mag 7” (Static Shock)
Sheer Mag II 7” (Static Shock)
Punki przechodzą na granie power-popu – niby nic nowego, w większości wypadków po prostu zmieniają nazwę i grają te same akordy wyłączając przester. Tutaj jednak mamy do czynienia z ludźmi celującymi raczej w powerpop z późnych lat siedemdziesiątych (The Clap, Shoes, wezmę też w ten nawias Thin Lizzy). Wiecie o co chodzi: ładne melodie, lekkie przestery, krótkie solówki, doskonałe wokale. Do tego doliczyć musimy konteksty polityczne (feministyczne głównie) co uznaję za podwójną wartość, ponieważ pop i okolice od tej tematyki stronią lub zabierają się zań bardzo populistycznie. Spójrzcie na teksty:

you’ve got to fan the flames
you’ve got to stand up and break the chains
make a plan and demand what the damage pays
Zaraz na scenę wejdzie Joan Baez i zaapeluje: „Organize”. Tak czy inaczej to najlepszy pop gitarowy jaki w tym roku usłyszycie i grają go squatersi.

odsłuch

***


The Phantom Family Halo Raven Town Witch LP (Sophomore Lounge)

Subtelny (ale nie delikatny), podskórny, podświadomy psych pisany przez jednego faceta z Kentucky nazwiskiem Dominic Cipolla. Przez PFH przewinęła się połowa sceny niezależnej z Louisville z członkami Slint i Bonnie ‚Prince’ Billym włącznie. Najlepiej jednak zespołowi wychodzą rzeczy najmniej wystawne, co spróbuję zilustrować doskonałym teledyskiem:

Jak wszystkie udane płyty PFH, tę też dominuje jeden bardzo długi kawałek i na niej też panuje duchota. Wychodzę trochę na hipokrytę polecając takie rzeczy i unikając Alameda 4 (czy już nawet 5), ale Ziołek gra jednak bardziej prog-rock i nagrywa dwugodzinne płyty. A ja nie mam czasu na takie rzeczy, pracuję na etacie, łapię nadgodziny.

odsłuch

***


Big Blood Double Days I&II CD-R (Donttrusttheruin)

BB obchodzą właśnie dziesięciolecie i jest mi z tego powodu (jak mawia moja żona) osobiście miło, ponieważ ja też. Miło tym bardziej, że Double Days to rzecz chyba nawet lepsza niż i tak doskonałe Fight For Your Dinner, wydane w styczniu. Znów powrót do freak folku, znów wraca świeżość związana z porzuceniem klimatów Swans. Covery Black Sabbath i The Cure. Ten ostatni jest zwłaszcza doskonały, grają Disintegration.

odsłuch

***


A Place To Bury Strangers Transfixiation CD/LP (Dead Oceans)

Wszechświat jest tak przepastny i nieogarniony, że czasami nawet najnudniejsze zespoły wydają wybitne płyty. Oto APTBS (nie będę wklepywał ich pełnej nazwy drugi raz, wybaczcie) od kilku lat usilnie starający się być mniej kwadratowi. Popisali się dobrym gustem przerabiając kawałki Dead Moon na EPce kilka lat temu, a teraz z zupełnie bezpłciowego pop-shoegaze przenoszą się w rejony wczesnych The Telescopes. Już widzę te nagłówki: „Modern Noise Band Finally Up To 1989 Noise Standards”. Świetny album zespołu, którego nigdy nie polubię.

odsłuch

***


Dawn Of Humans Slurping At The Cosmos Spine LP (La Vida Es Un Mus)

Najlepszy post-clown* weird-core od czasu Dry-Rot zaklęty w album na 45 obrotów. Milion razy pisałem o tym, że udane punkowe albumy to rzecz nadzwyczaj cenna (bo nieczęsta) i należy takie przypadki wyróżniać. Wyróżniam więc – nie usłyszycie w tym roku lepszego albumu hc**, a już na pewno nie zdobędziecie piękniej zilustrowanego. Doceniam też oszczędność środków wyrazu – spodziewałem się zupełnej dziczy, a największe wariactwo zostało w tym przypadku schowane pod (stosunkowo) czystą produkcyjną robotą. Jeśli czytacie Tableau od dłuższego czasu to i tak już to przesłuchaliście i doceniliście.

*Upatrzyłem to określenie na Termbo. Boskie.
**Podsyłajcie swoje typy. Chętnie sprawdzę, choć jestem z góry sceptyczny.

odsłuch

***


Anasazi Nasty Witch Rock LP (La Vida Es Un Mus)

Maksymalnie dobry death-rock z minimalną ilością gotyku. Anasazi porzucili szminki i syntezatory (połowa składu odeszła do Cult of Youth) na rzecz ciężkiego grania. Nasty Witch Rock wspaniale się samookreśla – to rzecz błotnista, chaotyczna, nagrana jakby na żywo, antystudyjnie (vide drugi album Nation of Ulysses). Pięknie wydana – plakaty, teksty na wkładce, doskonała tekturowa okładka. Co zabawne, płytę zrecenzowano na łamach Pitchforka i to niespecjalnie pochlebnie. Recezent szczególną uwagę zwrócił na „niewyraźne” brzmienie i nieumiejętnie upolitycznione teksty. Cóż innego mogli napisać, jeśli wyznacznikiem liryzmu jest dla nich największy poeta naszych czasów – Kanye West

odsłuch

***


Norberto Lobo Fornalha CD/LP (Three:Four)
Mary Lattimore The Withdrawing Room LP (Desire Path)

Tęsknię bardzo za zinem Digitalis, w którym tego typu płyty polecano całymi gromadami. Oto dwa instrumentalne i, powiedzmy, eksperymentalne albumy nagrane przez pojedyncze postaci. Psycho-fani Thurstona Moore’a mogą kojarzyć Mary Lattimore z jego albumów solowych. The Withdrawing Room to space-drone robiony za pomocą harfy, dwa bardzo długie kawałki spuentowane ładnym dwuminutowym. Lobo natomiast to Portugalczyk na przemian piłujący wiolonczelę i szarpiący gitarę, czasami jeszcze włączający różnorakie efekty. Wspomniane piłowanie okala kawałki napisane na akustyk. Oba albumy są wybitne na sto sposobów i nijak nie nadające się do opisania bez popadania w język broszur z muzeów sztuki nowoczesnej.

odsłuch

***


Ajax 7” (Static Shock)

Nowojorskie HC na zupełnym aggro (ale bez przesady) i praktycznie bez noise’u. Więcej – dobrze brzmiące (!!!). Mięśniacka standardowość przypominająca mi trochę Herds, choć specjaliści z jak zawsze znakomitego Dobre Bo Brzydkie podpowiadają, że to zrzynka z Totalitär. Kawałek ostatni zawiera najlepszy breakdown i riff roku 2015-ego. Fantastycznie się tego słucha w samochodzie przestrzegając jednocześnie z wielką pokorą wszystkich zasad ruchu drogowego.

odsłuch

***


Acousma 2nd 7” (High Fashion Industries)
Sophisti-HC z wytwornymi zmianami tempa. Sprawdzcie ten występ, na którym punki w fullcapach (cóż, takie czasy) próbują pogować, ale kawałek wciąż im ucieka i po kilku przeskokach typy potulnie wracają do reszty publiczności. Hiob na okładce (zgaduję), wokalista skrzeczący trochę jak Skot z 400 Blows. POTĘŻNE granie, zrywające dachy stodół i utrudniające spłatę kredytów. Zespół oczywiście już nie istnieje, wydał trzy siedmiocalówki (w tym split) i tyle. W tym miejscu muszę zapowiedzieć nową rubrykę, w której dyskutuję ze znanymi polskimi poetami. Na początek Herbert:

kłopot polega na tym
że krzyk wymyka się formie
jest uboższy od głosu
który wznosi się
i opada

krzyk dotyka ciszy
ale przez ochrypniecie
a nie przez wolę
opisania ciszy

jest jaskrawie ciemny
z niemocy artykulacji

odrzucił łaskę humoru
albowiem nie zna półtonów

Mój komentarz: Herbert gówno wiedział.

odsłuch

***


Sleaford Mods Key Markets CD/LP (Harbinger Sound)

Sleaford Mods perfekcyjnie oddają obecne czasy w ujęciu ludzi, którzy czytają książki i nienawidzą kultury popularnej.

Kilka akapitów o nowej płycie Modsów na łamach Popup. Przeprowadziliśmy też (do spółki z Piotrem Lewandowskim) wywiad, choć Williamson odpowiadał dość lakonicznie.

 

 

polecam porządne płyty

a self-fulfilling prophecy


[Tomma Abst]

Life Partners Music Is Hard (z Music Is Hard)

C.Aarmé Happiness (z Vita)
Richard Joseph Magic Pockets Main Theme
Melvins It’s Shoved (z Bullhead)
Pooh Sticks Force Fed By Love (z Multiple Orgasm)
The Wax Museums Stop Don’t Stop (z Zoo Full of Ramones)
Finally Punk Missile (z Casual Goths)
Folded Shirt Tiny Boat (z Tiny Boat)
Bongwater Nick Cave Dolls (z The Power of Pussy)

Killdozer Unbelievable (z The Pig Was Cool)
Soul Coughing Disseminated (z Irresistible Bliss)
Country Teasers Thank You God For Making Me An Angel (z „Satan Is Real Again”, or: „Feeling Good About Bad Thoughts”)
Minutemen Don’t Look Now (z Double Nickels On The Dime)
Donovan Superlungs My Supergirl (z Barabajagal)
Axemen Pacific Ocean (z Three Virgins)

Tav Falco’s Panther Burns Brazil (z Behind The Magnolia Curtain)

odsłuch:
stream
plik mp3

uwagi:
– głupie piosenki
13th Floor Elevators faktycznie byli z Austin
Unbelievable w oryginale grali EMF
Aquarela do Brasil napisał Ary Barroso
tutaj można zobaczyć intro z Magic Pockets
– przepraszamy za przeciąganie i nieskładne mówienie

a self-fulfilling prophecy

no more years


[Roseanne Croucher]

Modest Mouse The Waydown (z The Fruit That Ate Itself)

The Fall Just Step S’ways (z Hex Enduction Hour)
V-3 Negotiate Nothing (z Negotiate Nothing)
Mike Rep and the Quotas I Resign (z Stupor Hiatus)
Sun City Girls C.I.A. Man (z Horse Cock Phepner and At C.O.N. Artists)
Dan Melchior und das Menace Black Dog Barking (z Visionary Pangs)
The Rebel Red Is the Uniform (z Winter Back Spring Forward)

Tropical Trash UFO Rot (z UFO Rot)
Homostupids Nighttime Flies (z The Load)
Sacred Product Another Shot At Life (z Sacred Product)
James Arthur’s Manhunt Low Profile (z James Arthur’s Manhunt)
The Traps Missed The Mark (z Bom Pow Awesome Wow)
Manic Attracts No Time (z Eyes Wide Shut)
Złota Jesień Milkleg/Blossoming (z Girl Nothing)

Brown Sugar Choir Boy (z Luvly)
Brown Sugar Black & White Panther Party (z Sings of Birds and Racism)

odsłuch:
mixlr
plik mp3 do ściągnięcia

uwagi:
– chyba najśmieszniejsze dyskusje jak dotąd
– jeśli dobrze się wsłuchacie to usłyszycie chichot mojej żony kiedy psuję wymowę nazw i nazwisk

no more years

pierdolić wszelkie dionizje


Złota Jesień
Girl Nothing
Jasień, 2015

1. Padł mi dysk twardy co sprawiło, że zacząłem się zastanawiać nad własną śmiertelnością.

2. Zawsze powtarzałem, że należy zasadniczo pierdolić wszelkie dionizje. Moje nudziarstwo z tego faktu wynikające oznaczałoby jednak, że mój pogrzeb będzie cichy i skromny. Nikt nie będzie na moją część śpiewał piosenek i wznosił toastów jak za McNulty’ego w końcówce The Wire. Choć on jeszcze wtedy żył. Ja jeszcze też jakoś dycham.

3. Kolega z liceum miał zespół i zaprosił mnie kiedyś do garażu na próby. Był bardzo dumny z instrumentalnej piosenki, którą napisał. „Ładny motyw mi wyszedł”. Kolega zagrał, a ja powiedziałem, że taki motyw już napisano tudzież nagrano i nazywa się Mogwai Fear Satan. Kolega był bardzo nieszczęśliwy. Odegrał jeszcze kilka swoich piosenek, połowę rozpoznałem i spisałem tytuły na kartce żeby mógł je później sprawdzić. To było z piętnaście lat temu. Nie mam pojęcia co się z tym gościem obecnie dzieje, chciał zostać dźwiękowcem. Wyjechał do Poznania czy Wrocławia. Do Niemców, tak czy inaczej.

4. Z jednej strony trochę mi było szkoda kolegi kiedy mu na tej kartce wypisywałem zespoły, które jego piosenki zagrały wcześniej (i lepiej), ale tyle się ostatnio mówi o postępującej przestrzenności gustów. Reynolds o tym trąbi od lat, wszyscy się zaczytują, ale jeśli poruszę temat erudycji to mi się zwykle dostaje. To dziwna sytuacja gdzie wszyscy mówią o śmierci gatunkowości w muzyce, o retromanii, ale jednocześnie wszyscy wierzą w nikiforyzm, wręcz pragną go i szukają brzmień tak nowych, że aż bez odniesień. I później czytam, że jakiś zespół z Łodzi gra najlepsze VU. Miałem nadzieję usłyszeć ludzi, którzy spędzili trochę czasu tropiąc kopie Acetate i jakoś na to dziwo zareagowali. Włączam, a tam trzeciego rzędu gitarowy pląs dla popalających mentole dziewczyn po trzydziestce.

5. Moim głównym zarzutem wobec polskiej muzyki gitarowej, zwłaszcza tej (nazwijmy to) alternatywnej, są przenudne gusta. Słuchając 99% polskich płyt gitarowych mam wrażenie, że nudziłbym się jak mops przeglądając kolekcje płyt muzyków (wliczam w to też pliki na dyskach), albo też musiałbym im sporządzać takie karteczki z listą zespołów, które grały to samo tylko lepiej i wcześniej. Trójkowcy, czciciele Albiniego, czytelnicy Pitchforka, „poptymiści”, festiwalowi wszystkożercy, koledzy mocnopijący. I mój ulubiony typ – ludzie, którzy niespecjalnie lubią słuchać muzyki gitarowej, ale takową grający.

6. Nie chodzi mi nawet o fetyszyzm płytowy czy zbieractwo, ale jakiś błysk, ciekawe targnięcie. Niepowtarzalność. Złapałem się na tym, że coraz rzadziej przeglądam strony z recenzjami, ale raczej wolę wertować katalogi ulubionych distro. No bo ludzie kupują po kilka kopii płyt, które najbardziej lubią. Pewnie rzadko na tym zarabiają. I w ten sposób gość sprzedający głównie hiszpański punk będzie miał na stanie jakiś ultranieprzejrzysty outsider cold-wave, gdzie islandzki poeta w czarnym swetrze wyjękuje z siebie teksty o trudnej miłości. Nie ma do tego doklejonej numerycznej oceny, jakiś dwuzdaniowy blurb najczęściej i okładka. I zajmuj się teraz, i sprawdzaj. Jest w tym jakieś wyzwanie, ale też uwolnienie spod dyktatu profilowania.

(6.1. Ten islandzki cold-wave nazywa się Aska. Będę o nim pisał w najbliższym PPP.)

7. Kapnąłem się też, że główną cechą spajającą wszystkich moich ulubionych muzyków jest fakt, że oni sami są fanami innych muzyków i się z tym specjalnie nie kryją. To dość trudna sztuka stąpania po granicy pomiędzy byciem retro, a zabijaniem swoich idoli w interesujący sposób. Ktoś był przed nami i nastanie po nas, trzeba patroszyć tych pierwszych, by utorować drogę drugim. Jack White versus Cheater Slicks na przykład. Kopia lustrzana kontra pogięty i poszarpany pryzmat.

8. Jest jeszcze drugi powód, znacznie bardziej prozaiczny i zapewne bardziej prawdziwy. Wkładam w słuchanie, szukanie i kolekcjonowanie muzyki tyle wysiłku, środków i miłości (bo z miłości piszę te słowa, choć serce me jest do szczętu zgniłe i pompuje gęstą czarną maź), że czuję się trochę oszukany kiedy stwierdzę, że kupiona płyta takowych wysiłków ze strony artysty nie sygnalizuje. Czy mam być frajerem tylko dlatego, że siedzę po stronie głośników, a nie mikrofonu?

9. Poświęciłem osiem akapitów na wstęp, domyślacie się już sedna. Polskiej muzyki słucham rzadko, bo kiedy w odtwarzaczu po polskiej płycie wskoczy zagraniczna, to ta pierwsza niefajnie odstaje. Tak jakbyście czekali na koncert ulubionego zespołu, ale najpierw musieli przetrzymać support w postaci Ceaseless Deformation z Gorzowa, którego najlepszą cechą jest fakt, że gitarzysta ma na pudle nalepkę Helmet.

(10. Pozdrawiam jednocześnie redakcję kwartalnika (aperiodyka?) Noise Magazine, gdzie nalepka Helmet służy jako indentyfikator.)

***

11. Dobra, teraz już naprawdę sedno. Rzeczy, które doceniam na debiucie Złotej Jesieni:
– ciężar bez mięśniactwa
– lo-fi jako kolejne narzędzie dźwiękowe, nie przeszkoda na drodze do popularności
– fantastyczną produkcję sprawiającą, że wszystko brzmi jak z koncertu
– wokale pod gitarami
– przejścia z riffu w improwizację często dodatkowo przełamane produkcją co, zgaduję, było wzięte z The Hospitals i The Hunches
– album jest bardzo sensownie poukładany, płynie niepostrzeżenie
– sam fakt, że mogę w kontekście polskiej muzyki wymienić Hunches i Hospitals jako punkty odniesienia.

12. Szałasek i Chaciński skrzętnie notują zgrzytliwość całości. „Bootleg”, „kaseciak w miejscu publicznym”. Jest to o tyle urocze co niecelne. Tak się muzykę gitarową powinno nagrywać w Roku Pańskim 2015. Po to i dlatego wszystkie dziwolągi z Reatardem i Adamem Stonehousem na czele rozwalały głośniki w latach zerowych. Kwestia tylko, czy się do nich dotarło i czy się ich doceniło. Chaciński pisze: „bardziej kostropate brzmieniowo niż produkcje MBV” (jedyny punkt zbieżny to tremolo na gitarze). Szałasek popada w melancholię i w ramach sporej wielkości akapitu zastanawia się czy muzyka niezależna nie jest aby skierowana do nikogo i czy to nie nonszalancja ze strony zespołu.

13. Odpowiadam: nie, to frajerstwo z ich strony. Zapewne dokładają do każdej kopii płyty.

14. I tak, jest to muzyka tłuczona. I tak, jest tu miękkie podbrzusze i to jest bycze, bo trzeba pamiętać, że partie R. Ashetona na Dirt są wzruszające, a na Blood Visions i Exit Dreams się miejscami po prostu płacze.

15. To moja ulubiona polska płyta od czasu drugiego LP Wilczego Szańca. Słucham jej często, do tego wyłączywszy aparaturę krytyczną, dla przyjemności. To chyba najlepszy komplement jaki mogę w tym momencie sprzedać.

***

16. Tak naprawdę nie padł mi żaden dysk, ale kupiłem SSD i popieprzyłem partycje. Straciłem masę muzyki i łkam. Ale nie na głos, tak do środka.

 

odsłuch/hurt-detal

 

 

pierdolić wszelkie dionizje

in a box, by the door


[Leopard Moth]

21:00-22:00. głośno. mixlr. zapraszam.

***

McLusky World Cup Drumming (z: My Pain And Sadness is More Sad And Painful Than Yours)

Total Control For Lease (z: split w/ Thee Oh Sees)
Young Trynas I Love You (z: Probably Music)
A Place To Bury Strangers Straight (z: Transfixiation)
The Telescopes Please, Before You Go (z: Taste)
The Heads Barcoded (z: Everybody Knows We Got Nowhere)
Love of Diagrams Photograph (z: Blast)
Les Thugs Dreamer Song (As Happy As Possible)

Magnetix Time After Time (z: Time After Time)
Chrome Cranks Burn Baby Burn (z: Diabolical Boogie: Singles, Demos & Rarities)
Ghost Club Late Lamentable Fire (z: Ghostclubbing)
Jack Name Running After Ganymede (z: Weird Moons)
The Hunches Two Ghosts (z: Hobo Sunrise)

Wand Planet Golem (z: Golem)

odsłuch:
mixlr
plik mp3 do ściągnięcia

in a box, by the door

the neon from your eyes


[Eckhart Hahn]

dziś 21:00-22:00 prezentuję psych gitarowy i staram się przy tym nie jąkać. słucha się poprzez wejście na stronę mixlera.

***

Sarabeth Tucek Splash 1 (Now I’m Home) [z: The Psychedelic Sounds Of The Sonic Cathedral CD]
The Cult Of Dom Keller Heavy & Dead (Demo Version) [z: The Second Bardo LP]
Destruction Unit Red Sun [z: Sonoran LP]
Blackhoods Doomhound [z: Sunk CS]
CCR Headcleaner Cocoon [z: CCR Headcleaner 7”]

Dean & Britta Incandescent Innocent [z: 13 Most Beautiful: Songs For Andy Warhol’s Screen Tests CD]
United Waters The Reach [z: Sunburner LP]
Charcoal Owls 225 Says You’ll Stay [z: Tin Roof LP]
Jakob Olausson Queen Bee [z: Moonlight Farm CD]
Supreme Dicks Woody Would’ve Wanted It That Way [z: The Unexamined Life CD]

The Feeling Of Love Girl, Your Mother Is Your Best Friend [z: Reward Your Grace LP]

 

odsłuch:
plik mp3
mixlr

 

uwagi:
– za tydzień też będzie psych gitarowy, wyszły mi dwie składanki.

 

 

the neon from your eyes

i belong to the sea


[Kristian Hammerstad]

dziś w godz. 21:00-22:00 żegnam karnawał puszczając w internety możliwie najgłośniejszą muzykę. słucha się tutaj.

***

grane:
Bugs and Rats Boys Are Dumb (z Bugs and Rats, 2014)
Goosebumps I’m A Woman (z Scared To See A Doctor, 2014)
Oily Boys Tan (z Majesty, 2014)
Frau Orca (z Punk Is My Boyfriend, 2014)
Functional Blackouts Looking Good on The Way Down (z Functional Blackouts, 2003)
Venom P. Stinger Walking About (z 1986-1991, 2014)
Men With Chips Sentiment (z Double Definition, 2015)
Tree of Snakes Lion (z I Am The Lion, 2005)

Predator Nervous Laughter (z The Complete Earth, 2014)
Destino Final Ahogate (z Atrapados, 2009)
Holy McGrail Raw Power (z Raw Power Suite, 2008)
The Skull Defekts The Fable (z Dances In Dreams Of The Known Unknown, 2014)
Sightings The Knotted House (z Future Accidents, 2011)
Josh Hydeman No Reason To Breathe (z Screaming At A Wall, 2010)
Video Any Worse (z Leather Leather, 2011)

Melvins In the Freaktose the Bugs are Dying (z Honky, 1997)

 

odsłuch:
mixlr
plik mp3 do ściągnięcia

 

uwagi:
– ale z was frajerzy, że nie słuchaliście. Taka dobra audycja.

 

 

i belong to the sea